Jak to się wychodzi z rodziną

19 11 2007

Nie wiem jak inni, ale ja, nauczona doświadczeniem, na ogół nie wychodzę, nawet butów nie zakładam, jeśli z nimi miałabym na coś wychodzić. Nie proszę o pieniądze, przysługi, nie zawierzam mienia ani spraw prywatnych. Wystarczająco często moje mienie zostało zniszczone, zawłaszczone przez zasiedzenie (a uprzednio umiejętnie zasiedzone dzięki umiejętnemu unikaniu tematu lub właścicielki) a moje sprawy, zarówno nieprywatne jak i prywatne, obplotkowane z góry na dół, od wschodu po zachód kontynentu. Ale to pół biedy, nie należę do osób, którym ciężko przejść do porządku dziennego po tym, jak się już czegoś odżałowało. Troszkę jednak ciężej, jeśli delinkwent, zamiast przeprosić i stratę zrekompensować, upiera się przy swoim i usiłuje wmówić winę poszkodowanemu. Dlatego obecności rodziny w moim życiu unikam jak mogę. Jeśli jednak zdarzy się taka sytuacja, że nieopatrznie obdarzę ich zaufaniem, to na ogół wychodzę na frajera gramatury średniej lub większej.

Najnowszy przykład: wyjeżdżając pod koniec lata z Japonii zostawiłam pudło, oznaczone “Rzeczy Ewy”, co powinno samo za siebie mówić, że ruszać tego nie wypada. Wyuczona czujność przeciw ignorancji sprawiła, że obwiązałam owo pudło sznurkiem. Słabe to zabezpieczenie, ale służyć miało jedynie na wypadek gdyby jednak mój subtelny przekaz miał nie zostać przez kogoś odkryty. Oczywiście ponadto uprzedziłam i uzyskałam słowne zapewnienie, że moich rzeczy nikt nie będzie ruszał, z podkreśleniem tego, że mój nędzny dobytek nikogo nie mógłby zainteresować. Zawartością pudła było parę ciuchów, kosmetyków, książki, dwie przełączki do kontaktu i tym podobne rzeczy, których zabierać spowrotem do Polski mi się nie opłacało.
Read the rest of this entry »